a to już Kadyks. dziwne miejsce. hajłeje jak w Nowym Jorku, wszystkie pod kątem prostym, szerokie, równe. stara część natomiast całkiem inna - wąskie uliczki między bardzo wysokimi kamienicami, niewiele w niej słońca, bo niemal nie dociera na dół.
za to promenada nad oceanem, ogrody - coś pięknego. i draceny smocze! obłęd! dla porównania - pod drzewem stoi M.
a tak w ogóle to mogłabym siedzieć tylko na ławce i patrzeć w wodę.
woda ma w sobie coś hipnotyzującego, jak płomienie w kominku - można patrzeć, i patrzeć, i patrzeć...
a tu już pomieszana i poplątana architektura - minaret obok katedry, kopuły i wieże.









a tu już pomieszana i poplątana architektura - minaret obok katedry, kopuły i wieże.





w drodze powrotnej mieliśmy przygody pogodowe - czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. za plecami góry, dosłownie ZALANE promieniami słońca, wszystko, nawet powietrze, było złote. coś nieprawdopodobnego.
natomiast przed nami - ciemność, czerń, ołowiane chmury, pioruny walące jeden przez drugiego. deszcz. tęcza. a nawet kilka tęcz. 
oraz: uciekające kurczaki (80 km za ciężarówką wiozącą klatki z kurczakami to coś wyjątkowo nieprzyjemnego, dla większości zmysłów:/).




